Magia świąt Bożego Narodzenia (felieton)

  • 20.12.2019, 14:56 (aktualizacja 30.12.2019, 11:56)
Magia świąt Bożego Narodzenia (felieton)
Im się dłużej żyje, tym mniej magii wokół. Bo już tyle się stało, tyle widziało. Tylko dzieci mają wszystko pierwszy raz. Pierwszy ząb, pierwszy roczek, pierwsza klasa, pierwsza choinka, wszystko pierwsze. I magiczne. Potem to już tylko piąte, dziesiąte, pięćdziesiąte, niepamiętne. Jak urodziny, które w pewnej chwili życia zaczynają nudzić i uwierać. Ale dość tego narzekania na czas, kiedy... czas na święta!

Całe urocze zamieszanie z Betlejem w tle rozpoczyna się w sklepach. Złocistą feerią stroików i bombek, coca-colową czerwienią i bielą Mikołajów, i śniegiem w spray'u. A ponad tym wszystkim, gdzieś spod sklepowych sufitów przedświąteczną krzątaninę krasi głos George'a Michaela z „Last Christmas”. Utworu tak znanego, tak ogranego i tak klasycznego, że wypadałoby, żeby powstał przed... naszą erą, tzn. przed Chrystusem, a nie w 1984 r.

Przed świętami z dnia na dzień przybywa doznań. Do wspomnianych powyżej naocznych i nausznych dochodzą węchowe. Suszu owocowego, makowca, smażonego karpia, ryby „po grecku”, śledzi, pierogów z kapustą i grzybami, czerwonego barszczu, grochu z kapustą, itd. Do tego dochodzi aromat choinki. Tej prawdziwej, żywicznej, niesionej do domu na ramieniu. Kupionej najzupełniej legalnie lub od kogoś, kto ma wycinkowy kontakt z leśną przyrodą. Pachnie to wszystko wigilijnie, nastraja i rozczula. Serce biegnie wtedy ku dzieciństwu. Ku czasowi, kiedy jeśli chodzi o życie to jeszcze wszystko wskazywało, że będzie dobrze. Bo zapachy Bożego Narodzenia to w dużej mierze zapachy domu. A wszyscy jesteśmy z jakiegoś domu. A dom jest po to, żeby ktoś kochał, żeby było ciepło, żeby było jutro. Zresztą, o to w tym wszystkim chodzi. W tym całym życiu. I może po to jest Boże Narodzenie? Żeby był dom.

Ale, ale - oczy, uszy, nos to nie wszystko. Są jeszcze doznania czuciowe. Bo choć zimy ostatnio łagodne, to i tak jest zimno. A najgorszy ten wiatr! A więc marzną palce u rąk i nóg, różowieją nosy, zimno w szyję, para leci z ust, parują okulary, jęczą akumulatory, jednym słowem, zima. Czy ten Pan Jezus nie mógł się urodzić latem? - czasem pada pytanie. Kiedy je słyszę, uśmiecham się do własnej pamięci. Kiedyś, jakoś tak w połowie lat 80. zeszłego stulecia idę sobie lipcową Grunwaldzką. Gorąc, że aż w oczy szczypie, a tu w otwartym oknie na parterze cudnej urody rozświetlona... choinka! Ale mało tego. Dochodzę do poczty, a tu podchodzi facet i proponuje mi za parę groszy zestaw oświetleniowy na... choinkę. Ach, ta magia świąt!

Tak więc, Boże Narodzenie „słychać, widać i czuć”. I wydaje się, że nagle wszystkie zmysły zlatują się w jedno, żeby świętować. Wszystko wokół nagle iskrzy się w oczach, skwierczy na patelniach, żewni kolędami w głośnikach. Telefony grzeją się od esemesów z życzeniami, samochody przebierają kołami, żeby już jechać w odwiedziny, opłatki wyskakują z folii, żeby dać się podzielić! Tworzą się grupy wigilijne. Po firmach, po zakładach pracy, po stowarzyszeniach. Ci z tymi, tamci z tamtymi. Życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności, ale przede wszystkim zdrowia, bo ono najważniejsze. I dziękuję, wzajemnie. I żebyśmy, proszę państwa, za rok się w takim samym gronie doliczyli. I cmok, cmok, cmok, całusy. No to siadajmy do stołu. Skromnie, jak to się mówi, ale od serca, smacznego! A bogate to wszystko, a sute, a sytne, choć oczywiście postne. Pagórki pierogów, salaterki wymyślnych sałatek, barszcz, że palce lizać, a ciasta tak smaczne, że aż żal jeść! I jeszcze ta choinka, te bombki, girlandy, światełka. I prezenty, prezenty! Jednym słowem, tyle tego wszystkiego, że stając obok Bożego Narodzenia Wielkanoc, choć matka wszystkich świąt, zawsze wypada jak uboga krewna z prowincji.

A więc, wszystko tak jak powinno być - magicznie rodzinne, odświętne i serdeczne. Jest jednak w Boże Narodzenie jeszcze jedna sprawa. Taka coraz bardziej za kulisami. Taka właśnie „uboga krewna”, której oficjalnie się nie wstydzimy, ale, hm..., obcym niełatwo pokazać. To sprawa duchowa. Bo gdzieś wśród talerzy z karpiem, sałatkami i kluskami z makiem rodzi się Bóg. Po cichu, bo cicha jest noc. Rodzi się i trzeba wyciągnąć rękę na zgodę, przełamać się, nie tylko opłatkiem. Ten Bóg jest niewidzialny, jak ten ktoś, dla kogo zostawiamy puste miejsce za stołem. A tak swoją drogą, ciekawe, jak byśmy zareagowali, gdyby w wigilijny, magiczny i najedzony wieczór rozległo się puk, puk, puk do naszych drzwi i najzupełniej realnie stanął w nich ten ktoś? Biedny wędrowiec, brudny bezdomny, uchodźca. Co byłoby dalej?

 

Krzysztof Martwicki

__1

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu _______. _________ z siedzibą w ________ jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe